Jestem młodą mamą i jak każda kobieta wraz z nadejściem wiosny, czuję wzrastającą potrzebę dbałości o siebie. Z kilku powodów, preferuję uprawianie sportu w domowym zaciszu. Zdecydowałam się na zakup trampoliny do fitnessu i chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami. Napiszę również, czy trening na trampolinie w domu ma sens oraz jakie daje efekty.

W tym miejscu należy się sprostowanie. Pisząc, że jestem „młodą” mamą, chyba trochę przesadziłam. Mam 30 lat, a i dziecko jest całkiem odchowane i nie jest już niemowlęciem. Nie chciałam też określać się mianem „świeża”, bo patrząc na swoje ciało po ciąży na pewno tak się nie czuję. Miałam na myśli raczej stan, w jakim znajduje się każda mam spędzająca większość dnia z dzieckiem. Otóż, mam mało czasu dla siebie samej. Mój plan dnia, to przede wszystkim zabawy z córką, ale też zajmowanie się domem, psem, robienie zakupów i gotowanie obiadów. Całe szczęście, przy sprzątaniu pomaga mi mąż. To dzięki niemu mam czas żeby trochę poćwiczyć wieczorami.

Nie ukrywam, że zbliżający się sezon wakacyjny oraz rychłe wesele znajomych to moje największe motywatory do pracy nad sylwetką. Jak długo mogę się tłumaczyć, że wystający brzuszek to efekt uboczny ciąży? Albo tym, że przecież wiecznie brak mi czasu na wyjście na siłownię, bo „poświęcam się” rodzinie? W dodatku mąż zaczął się podśmiechiwać z mojego lenistwa. Faktycznie, zauważyłam, że nieuchronnie zbliżam się do portretu zaniedbanej matki vel. kury domowej, z cellulitem, nieuczesanej i w dresowych spodniach. Zatem, postanowione! Jak mawia Ewa Chodakowska: „Nic się samo nie wydarzy!”. Rzucam rękawicę kompleksom i kupuję trampolinę do fitnessu domowego.

Na zakup trampoliny zdecydowałam się w czasie, kiedy z małżonkiem podjęliśmy decyzję o zdrowszym odżywianiu. On ograniczył alkohol, a ja zrezygnowałam z podjadania słodyczy. To spore wyrzeczenie, zważywszy na fakt codziennego dogadzania sobie deserami po obiedzie od niemal pół roku. Postanowiliśmy rozsądniej dobierać produkty spożywcze w markecie i hamować rządze jedzenia przed telewizorem. Do tego, zakupiłam jadłospis od dietetyka na www.mamanadiecie.pl. (Spokojnie, oferują również diety dla kobiet nieciężarnych). Zależało mi, żeby dieta była pełna warzyw, ale jednocześnie zbilansowana pod kątem innych składników odżywczych. Nie mam czasu na spędzanie godzin przy kuchni, więc gotuję identyczne posiłki dla całej rodziny. Z dietą od specjalisty wiem, że wyjdzie nam to tylko na zdrowie!

Sam zakup trampoliny nie był prostą sprawą. O nie! Musiałam przekonać męża, że faktycznie będę z niej korzystać (nie tylko wieszać ubrania, jak to zwykle bywa z tego typu sprzętem. Kto miał, ten wie). Sam koszt urządzenia nie był niski. Zdecydowałam się na trampolinę markową, jedną z droższych na rynku. Oczywiście mogłabym wybrać coś tańszego, ale… Przekonał mnie darmowy plan aktywności z video-treningami oraz wyjątkowo cichy tryb pracy, przez obecność gumowych linek zamiast sprężyn przy macie. Dzięki temu, teoretycznie mogłabym ćwiczyć nawet gdy dziecko śpi. Dla mnie to bardzo ważne. Taka eliminacja potencjalnych wymówek typu: nie ćwiczę – bo coś tam.

Trampolinę do domowego fitnessu zamówiłam w sklepie internetowym. Kurier zawitał do mnie już kolejnego dnia przed południem, ale z dzieckiem na rękach nie poradziłam sobie z wniesieniem jej do domu. Montaż jest prostszy niż w przypadku mebli z Ikea. Instrukcja zapewnia mnie, że ćwiczenia na trampolinie są wyjątkowo bezpieczne i nie obciążają stawów. Zawieszenie maty na ekspanderach ma amortyzować, a nie wybijać w górę. Przez to ogranicza się ryzyko kontuzji. Producent ostrzega jedynie, że nóżki trampoliny mogą zostawiać ślad na podłodze, za co oczywiście nie bierze odpowiedzialności 😉

Moje pierwsze wrażenie z ćwiczeń na trampolinie było bardzo pozytywne. Urządzenie zajmuje mało miejsca. W moim przypadku, to kawałek podłogi w pomieszczeniu na pranie. Musiałam jedynie postawić laptop na krześle na wprost siebie i mogłam zaczynać. Z dostępnych filmów wybrałam trening dla początkujących oraz wzmacnianie mięśni brzucha. Całość z rozgrzewką zajęła mi pół godziny, czyli w sam raz na dobry początek. Spodobała mi się rytmiczna muzyka i dość łatwe sekwencje skoków. Faktycznie, trampolina pracowała cicho i nie było mnie słychać w pokoju obok, gdzie mąż bawił się z córką. Nie zmęczyłam się zbytnio, chociaż na drugi dzień odczuwałam lekki ból w mięśniach brzucha. Nie dziwię się, bo już od dawna prosiły się o wycisk.

Kolejnego dnia skupiłam się na pośladkach. Duma każe mi ćwiczyć codziennie, aby udowodnić, że pieniędzy nie wydałam na marne! Zaczęłam od filmu z rozgrzewką, póżniej przeszłam do tak zwanych „skoczków”, a na koniec wykonałam czterominutowy trening mięśni tyłka. Poświęciłam na to 40 minut, co według Endomondo pozwoliło mi spalić 250 kcal. Niby niedużo, bo tyle co drugie śniadanie. Mogłabym postarać się bardziej, zwłaszcza, że uśmiechnięta pani z ekranu monitora cały czas mnie dopingowała. Boję się jednak, że gdy zbyt mocno napalę się na efekty, to zapał zgaśnie. Tego typu wypalenie dopadało mnie niejednokrotnie.

Przez miesiąc ćwiczyłam prawie codziennie. Pierwszą przerwę od skoków wymusił na mnie brak prądu i dostępu do internetu. Później zdarzyło mi się odpuszczać treningi w weekend jednak nadal trzymałam się diety. Bywały też dni, że jedna seria skoków była dla mnie za mało i kontynuowałam przez następną godzinę. Pot lał się po plecach, a ja czułam nieopisaną satysfakcję. Z czasem wydłużałam sobie treningi wzmacniające poszczególne partie mięśni i spalałam po 500-700 kcal jednorazowo. Czy zauważyłam jakieś efekty? Pewnie! Już po trzydziestu dniach zgubiłam 2 kg. Nie jestem w stanie podać centymetrów, jakie ubyły mi na brzuchu i udach, bo nie zrobiłam pomiarów sprzed zakupu trampoliny. Widzę w lustrze, że nogi, a przede wszystkim brzuch, wyglądają zdecydowanie lepiej. Ciągłe napinanie mięśni podczas skoków spowodowało, że nie mam już tzw. „oponki” i brzuch nie wylewa się znad spodni. Podejrzewam, że gdyby nie dotychczasowe lenistwo, to nawet cellulit na pupie udałoby mi się pokonać.

Daleko mi jeszcze do ideału. Wiem, że jestem na dobrej drodze i nie żałuję pieniędzy wydanych na sprzęt. Na pewno, będę dalej ćwiczyć. Nie męczę się specjalnie. Trening sprawia mi przyjemność. Mam czas dla siebie i czuję się lepiej. Mąż wmawia mi, że nigdy nie widział u mnie takiej determinacji, a ja zwyczajnie lubię sobie poskakać. Muszę jednak podkreślić, że sukces zawdzięczam nie tylko ćwiczeniom na trampolinie. Gdyby nie zbilansowany jadłospis od dietetyka, to cały mój wysiłek poszedłby na marne. Wygrałam, bo odżywiałam się zdrowo i byłam aktywna. Niby to takie proste, prawda? Ja jednak musiałam uświadomić to sobie sama. Polecam fitness na trampolinie wszystkim kobietom, które, jak ja, wolą lub są zmuszone ćwiczyć w domu. To nic trudnego, a uzyskane efekty przynoszą wielką radość.

Dla kogo domowy trening na trampolinie ma sens:

  • dla mam, osób zabieganych i wiecznie narzekających na brak czasu. Trenując w domu potrzebowałam jedynie 30-60 minut dla siebie. Nie ubierałam się specjalnie, zdarzało mi się ćwiczyć w samej bieliźnie. Nie przejmowałam się swoim wyglądem. Nie traciłam czasu na dojazd do klubu.
  • dla osób lubiących aktywny fitness. Tempo to słowo klucz. Należę do osób, które lubią ruszać się w rytm muzyki. Wcześniej przypodobałam sobie zajęcia typu Zumba i Step.
  • dla kobiet z dobrej jakości stanikiem sportowym. Nie oszukujmy się, skoki powodują, że piersi dosłownie fruwają na wszystkie strony świata. Jeśli tak jak ja karmisz piersią, dobry stanik zabezpieczy Cię przed bólem.
  • dla osób zdrowych. W instrukcji obsługi trampoliny znajduje się lista chorób, które stanowią przeciwwskazanie do korzystania z trampoliny. Jeden z punktów dotyczy osób „z chorobami organów wewnętrznych” – jednym słowem, chorujesz to nie ćwiczysz. Na trampolinie nie wolno skakać też kobietom w ciąży.
  • dla osób, których masa ciała nie przekracza 120 kg (maksymalne obciążenie maty).

Zalety trampoliny fitness:

  • cicha praca trampoliny pozwalała mi na trening podczas drzemki dziecka.
  • fitness na trampoline stał się niemal moją pasją. Mogłabym ćwiczyć codziennie, na średniej intensywności i nadal czułabym się usatysfakcjonowana efektami.
  • profesjonalny plan treningowy w cenie trampoliny. Mam tu na myśli zbiór filmów, na których umieszczone są propozycje poszczególnych elementów treningu lub kompletne zestawy cardio. Nie jestem pewna, czy sama potrafiłabym skomponować dla siebie jakikolwiek układ, a uważam się za osobę dość kreatywną. Podoba mi się, że podczas filmu ciągle przypominają mi o napięciu mięśni brzucha.
  • wszystkie zalety fitnessu domowego – Ty decydujesz kiedy, gdzie i jak długo ćwiczysz. Sporo oszczędzasz na miesięcznym karnecie (nie licząc kosztu samej trampoliny), o ile ćwiczysz regularnie.

Wady treningu na trampolinie:

  • przede wszystkim cena. Profesjonalna trampolina do domu jest droga.
  • krótki okres gwarancji na gumową linkę tzw. ekspander (jedynie 3 miesiące) czy matę (6 miesięcy).
  • monotonność. Zakres ruchów, jakie wykonuje się na trampolinie jest ograniczony. Prócz podskoków, sprintu, stopy flex, nożyc, marszu, wykopów i ruchów na skos niewiele się dzieje. Trening można urozmaicić wymachami rąk, ubierając ciężarki na staw skokowy lub kombinując z muzyką.
  • wszystkie wady fitnessu domowego – jeśli się uprzesz, to zawsze znajdziesz coś ważniejszego do zrobienia (pranie, zakupy, obiad itp.). Kilka razy nie dokończyłam treningu, bo słyszałam jak dziecko płacze. Poza domem ćwiczyłabym do końca. Zdarzyła nam się również wizyta niespodziewanych gości, gdy byłam jeszcze na etapie rozgrzewki. Nie muszę chyba dodawać, że tego dnia musiałam odpuścić trening…

Podziel się!

Zostaw komentarz.