x

Antyporadnik: O tym, że zawsze jesteśmy komuś potrzebniChcę powiedzieć Wam te kilka słów, bo być może, dzięki nim otworzą się nowe perspektywy. Bywa, że mamy złudzenie, że ulegamy złudzeniu, jakoby bylibyśmy niepotrzebni. Nie przewidziałam tego, że chociaż w sklepie wielu ludzi stało za mną i przede mną, to pani, która nie zabrała okularów, poprosi o przeczytanie etykiety z ceną właśnie mnie. Staruszka w sklepie zapyta, czy dobrze jej w tymże sweterku i czy powinna go zakupić.  W sumie była przekonana, że chce go mieć, bo to zakup okazyjny.

Przyszło Wam do głowy, że osoba, z którą ciągle się kłócicie, to ktoś, kto panicznie boi się Waszego odejścia? Gdyby Was zabrakło, to, z kim przyszłoby się jej/jemu kłócić? Niektórzy tak już mają. Potrzebują adrenaliny, by rozpocząć, czy zakończyć dzień. Adrenalina w środku dnia, to jak przewietrzenie pomieszczenia biurowego. Mówicie, że to niesprawiedliwe? Czy ktoś mówił, że życie jest sprawiedliwe? Mówię, o tym, że inni nas potrzebują także do mniej humanitarnych celów.

Skarżymy się, że telefon milczy i nikt nie puka do drzwi? To nic! To właściwy czas, by pobyć ze sobą, by oswoić się ze swoim byciem. Im bardziej, z czymś walczymy tym bardziej to jest silniejsze, a my słabsi. Puść to, co boli wolno – niech idzie. Nie czepiaj się tego, bo i po co? Sztuka puszczenia czegoś wolno, sztuka zostawienia tego, co nam nie służy, jest trudniejsza od nauki chińskiego w dwa dni i zmotywowania się do zjedzenia kilku ruszających się na języku karaluchów. Nie wiem, czy miałabym wystarczającą motywację. Nie wiem, czy przyjęcie, że karaluchy mają większą zawartość białka aniżeli masło byłaby wystarczająca… Zachodzę w głowę na ile mogłabym ominąć swoje ograniczenia i granice?

Wściekamy się na siebie, że nie potrafimy stawiać granic. Czy ktoś z Was zastanowił się nad tym, że stawiania granic winni nas uczyć dorośli w procesie socjalizacji? W wyniku braku konsekwencji, nieudolności, nieumiejętności, strachu, braku czasu, czy bycia niegotowym do roli rodzica, a może po prostu skrzywdzenia z pokolenia na pokolenie; zostaliśmy pozbawieni praktycznej umiejętności dbania o siebie i swoje potrzeby. Kiedy człowiek któregoś dnia budzi się i stwierdza z przerażeniem, że jest dorosły zaczyna bezładnie szamotać się, jak wyrzucony z łódki na środku jeziora. Zawzięcie uderza rękoma, nogami, szaleńczo łyka powietrze… Wtedy istnieje duża szansa, że utonie. Kiedy szybko zaakceptuje nowe warunki i zimną, głęboką wodę, przeanalizuje swoje zasoby i wykorzysta je. Nauczy się pływać, a jeśli odpuści NIE UTONIE, a popłynie.

Po traumatycznych przeżyciach pojawiają się problemy ze snem. Zapytani, o to, dlaczego nie odpuścimy, odpowiadamy, że odpuściliśmy. Czy gdyby wyłączyć inteligencję i racjonalizację nadal twierdzilibyśmy, że odpuściliśmy? Czy z przestrzeni serca moglibyśmy powiedzieć, to samo? Oczywiście, że nie. Jesteśmy w stanie wszystko sobie pięknie wytłumaczyć, ale pozwolić sobie być wolnym, to już inna para mało rozchodzonych kaloszy. Gdybyśmy naprawdę zeszli do naszego serca dostrzeglibyśmy, że jest tam dobro, a dobra nie można stracić – można je tylko mnożyć, więc nie ma się, czego bać!

Lubimy pielęgnować w sobie złość i żal. Pielęgnujemy te uczucia z obawy, że zapomnimy, o bólu, który doświadczyliśmy, a skoro zapomnimy, to nie będzie istniała karta przetargowa, by inni troszczyli się o nas. Czysta manipulacja – wywoływać tak skrajne emocje, by nie być dla innych obojętnym i zlekceważonym. Teoretycznie nie jesteśmy odpowiedzialni za emocje, które wywołujemy u innych ludzi. Wszak, to oni decydują, co nasze słowa im robią poprzez dopuszczani ich do siebie. I pierwsze i drugie ma swoją rację. Czasem nieświadomie zanurzamy głowę pod wodę, by ktoś przyszedł trzepnął nas w policzek i wrzasnął:

– Obudź się!

Gorzej, kiedy robimy to świadomie i z premedytacją wyczuwając słabość przeciwnika. Wtedy jesteśmy odpowiedzialni, za to, co robimy innym.

Za każdym razem, kiedy czujemy napięcie sięgamy po jedzenie. W końcu, kiedy ciężko nam się schylić, by zawiązać buty – bo ich nie widzimy, rzucamy gromy w swoje brzuchy i siebie. …, bo przecież jesteśmy okrutnymi żarłokami, które nie potrafią zapanować nad swoim apetytem. Czy ktoś się zastanawia nad napięciem, które pojawia się na chwilę przed? Dlaczego zawsze wybieramy drogę na skróty nawet jeśli okazuje się być ona pełna pokrzyw, a my wybraliśmy się w krótkich spodenkach i sandałach – jezuskach?  Owszem jedzenie daje nam chwilowy zastrzyk endorfin, zwłaszcza cukier, ale to jak zasłaniać rękoma oczy i udawać, że nas nie ma. Mój mąż podczas zabawy w chowanego usiadł na klozecie i nakrył głowę garnkiem. Kiedy synek go znalazł, mąż mu powiedział, że to niemożliwe, bo to nie on, a garnek…. Z moim mężem wszystko w porządku. Po prostu ma takie poczucie humoru. Próbuję wytłumaczyć Wam okrężną drogą, że nie można przyjąć, iż jest tylko mąż lub tylko garnek – zazwyczaj istnieją razem. Jedzenie istnieje w parze z napięciem, z odczuwaniem głodu i koniecznością uzupełniania żołądka, ale i głowy, poczucia bezpieczeństwa, bycia kochanym i potrzebnym. Sprawy się mają trochę inaczej, kiedy jesteśmy dorośli. Nie wystarczy płacz, by wszystko uzyskać – trzeba się trochę pomęczyć.

Wtedy pojawia się moje ulubione lekarstwo – ruch. Wiesiu mówi, że biegacze są uzależnieni od szczęścia. Biegają, bo wydzielają się endorfiny, a że są dobre i przyjemnie łaskoczą, to człowiek chce ich więcej i więcej, a skoro chce je mnożyć, to musi biegać i tak w kółko. Mam tak z tańcem. Dopóki idę na zajęcia jestem w swojej głowie, gdzie myśli galopują i zrzucają jeźdźca, ale kiedy tylko włączę muzykę i wykonam pierwszy podskok i nic mi nie wyskoczy – ani ręka ani noga, to moje ciało nastawia się na właściwą częstotliwość i jestem już w swoim sercu – nie głowie. Robię to, co sprawia, że ogarnia mnie miłość. Tak jestem uzależniona, jak od pisania. To najpełniejsza rozmowa. Nikt nie przerywa i papier słucha i ja słucham tego, co mam czasem sobie do powiedzenia. Później, w cichości pokoju ktoś inny czyta i zastanawia się, co ta wariatka plecie, ale dzięki Bogu robi to już z dala od autora.

Od zawsze było wiadomo, że najlepsza na wszystkie troski jest praca fizyczna i śpiewanie. Koniecznie należy zaangażować całe ciało, by usuwało chwasty i przy tym śpiewało, by pozwolić im odejść w pokoju – jakkolwiek, to brzmi. Im więcej czemuś poświęcamy siły i lęku, tym, to, przed czym się bronimy jest coraz silniejsze a my słabi. Wytężamy wszystkie procesy poznawcze, by nauczyć się lęku, by malować grubym pędzlem makabryczne obrazy w naszych głowach, podczas gdy dobro przychodzi z lekkością – dobrzy po prostu jesteśmy, a zła się uczymy. Jakub Mikus mówi:

– Skoro nauczyłaś się bać, to teraz nauczyć się nie bać.

Dla niego jest to tak oczywiste, jak to, że co sobotę babcia gotuje rosół.

Wpojono nam, że jeśli coś nie wymagało maksimum wysiłku, to nie ma ani wartości ani ceny – nic bardziej mylnego. Zazwyczaj, kiedy o coś walczymy, o kilkanaście kilogramów mniej – ćwicząc ze łzami w oczach, licząc każdą kcal, odmawiając sobie sernika z gorącymi wiśniami; o idealną pracę, pracując wcześniej za darmo, byle tylko sprzedać swoje umiejętności i czas, ciało – to, co otrzymujemy przestaje nas cieszyć.  W myśl, że samo czekanie jest najciekawsze? Tego nie wiem, ale wiem, że można zatrudnić wyobraźnię, by pracowała, a my możemy się temu poddać. Nie, nie zwalniam Cię mój drogi, ze wszelkich działań. Trzeba wstać rano, umyć zęby, zrobić kilka przysiadów, skrętoskłonów, podskoków, a może po prostu zatańczyć… Należy zjeść zdrowe, smaczne śniadanie, które da nam zastrzyk węglowodanów na cały dzień. Nauczyć się czegoś nowego, co ukaże szerokie perspektywy i…. KOCHAĆ. Później możesz usiąść i powyobrażać sobie. Nie, nie jestem złośliwa, ale myślę, że ma to swój głęboki sens, nie – senes !!!:) Pracowałam kiedyś w systemie trzyzmianowym, za 700 zł. Marzyłam o tejże pracy, bo skończyłam studium medyczne i czułam potrzebę bycia z ludźmi. Kiedy jednak okazało się, że po 8 godzinach już nic więcej zrobić nie mogę, a po dwóch tygodniach, po uiszczeniu opłat, za wynajęte mieszkanie, dojazdy do pracy, nie mam, za co kupić chleba, czy mojego ulubionego jogurtu, stwierdziłam, że wcale mi tak bardzo na tej pracy nie zależy, że może i jestem zepsuta, ale już nie chcę pomagać, bo sama za chwilę będę potrzebowała pomocy, co w końcu się stało. Moja znajoma Teresa mówi, że mam wysoki próg tolerancji na destrukcje. Święta prawda! Brakuje mi instynktu samozachowawczego, by uciec i zostawić to co mi nie służy, dopiero jak padnę na pysk, to widzę, że czołgając się nie osiągnę wszechświata. Inna sprawa, czy chcę go osiągnąć? Może jednak wystarczy, że nie będę do później starości leżała w błocie?

Jest taka zasada :

– Jeśli od początku myślisz: Oby chociaż brąz! Nigdy nie będziesz miał odwagi, by zawalczyć o złoto!


Autor: Marzena Przekwas-Siemiątkowska, Pedagog. Mieszka Szamotułach k.Poznania. Poetka, pisarka, członek Stowarzyszenia Autorów Polskich, Kujawskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Inowrocławiu oraz grupy twórczej “Jakkolwiek” w Szamotułach. Prywatnie pedagog, instruktor fitness, dietetyk. Mama ośmioletniego Antosia, żona, córka i wnuczka. Współorganizatorka wielu imprez poetyckich: „Poezja w nas”, „Biesiada Poetycka”, „Koncert Poezji Śpiewanej”, „Noc Erotyków”, Szamotuły 2011r. Współorganizatorka konkursów poetyckich: im. Halszki z Ostroga w Szamotułach 2011r. Autorka arkuszy poetyckich: „Na Obrzeżach czułości” 2003r., „Karykatury wzruszeń” 2009r., oraz tomików: „Mięsożerne Biedronki” 2009r. , „Uczta kotów przypiecowych” 2012r. , “Plantacja kamieni” 2013, „Polne trumienki” 2015, jak i powieści „Do piekła na piechotę”.

Niniejszy esej został przesłany przez naszą czytelniczkę. Ty również możesz podzielić się spostrzeżeniami o otaczającym Cię świecie. Napisz do nas! Jeśli Twój tekst nas zaciekawi, opublikujemy go i odwdzięczymy się małą niespodzianką.
Wyślij swój FELIETON

Share.

Leave A Reply